22 sierpnia 2026

 Wieczorny mrok już spływa na ogrody,

I cichy wiatr kołysze liście drzew.
W oddali gaśnie blask ostatniej wody,
I milknie ptaków urokliwy śpiew.
Już srebrny księżyc płynie po niebiosach,
I sypie gwiazdy na szeroki świat.
Śpi czysta rosa na zielonych kłosach,
I cicho drzemie purpurowy kwiat.
Zostaw za sobą wszystkie dnia zmartwienia,
Niechaj opuści serce każdy lęk.
Nadchodzi czas błogiego ukojenia,
Gdy noc roztacza swój najsłodszy wdzięk.
Niech ci się przyśni piękny, jasny ogród,
Gdzie nie ma smutku ani żadnych łez.
Gdzie chłodny potok niesie miły chłód,
I trosk ziemskich widać nagły kres.
Otul się ciepłem miękkiej, cichej nocy,
I zamknij oczy, na stałe już zaśnij.
Niech cię prowadzi siła wyższej mocy,
Do krain pięknych i cudownych baśni.
Niechaj twój oddech będzie tak spokojny,
Jak fala morza, co do brzegu lgnie.
Po całym dniu, co był tak bardzo hojny,
Odpocznij teraz w tym głębokim śnie.
Dobranoc powiem na sam koniec ciszy,
Niech anioł stróż nad twoim łóżkiem trwa.
Moje życzenie niechaj serce słyszy,
Gdy wokół ciemność cała rzewnie gra.

 Miłość to najpotężniejsza z ludzkich więzi. To głębokie, emocjonalne przymierze, które wykracza poza ramy zwykłego zauroczenia. W swojej najczystszej definicji jest to... świadomy wybór. To obietnica bliskości, intymności i stałego zaangażowania w drugiego człowieka. Prawdziwe uczucie nie rodzi się z przymusu, lecz... z wolności. Jest fundamentem, na którym budujemy poczucie bezpieczeństwa i sensu życia.

Kiedy miłość jest czysta, staje się bezwarunkowa. Przypomina bezpieczną przystań, w której nie musimy zakładać masek. W tym czystym świetle widzimy partnera dokładnie takim, jaki jest, i w pełni go akceptujemy. Taka miłość daje wolność, zamiast stawiać żądania. Karmi się głębokim zaufaniem i altruizmem, stawiając szczęście ukochanej osoby na równi z własnym. Jest cichym wsparciem w burzy i spokojną radością w codzienności. Nie szuka poklasku, nie handluje uczuciami i nie stawia warunków. Po prostu... jest. Dając siłę do wzrostu.
Jednak ludzkie serce bywa kruche, a granica między troską a obsesją – niezwykle cienka. Gdy w krainę uczuć wkrada się lęk przed stratą, piękno może zmienić się w miłość chorobliwą. To mroczny cień prawdziwego przywiązania. Czystą akceptację zastępuje wtedy toksyczna kontrola... i chorobliwa zazdrość. Troska zmienia się w śledzenie każdego kroku, a wolność zostaje uwięziona w klatce oczekiwań. Pojawia się niszcząca zależność, w której własne życie traci sens bez obecności drugiego człowieka. Zamiast spokoju, relację zaczyna przepełniać manipulacja... i emocjonalny szantaż.
Miłość ma więc dwa oblicza. Może być skrzydłami, które unoszą nas w górę... albo kajdanami, które więżą duszę. To od nas zależy, które z tych oblicz postanowimy pielęgnować.

 Zapada zmrok, wchodzimy w wielką ciszę,

Cień rzuca świat na zmęczone twarze.
Szept wiatru w liściach powoli usłyszę,
Gdy gasną gwiazdy i ludzkie ołtarze.
Niech noc utuli wszystkie nasze troski,
Odetnie lęki od rannego brzasku.
Zostawi w sercu tylko spokój boski,
Ukryje myśli w księżycowym blasku.
A sen te troski niechaj ukołysze,
Zamknie w szufladzie minione godziny.
W gęstniejącej mgle, co świat wokół pisze,
Znikną na chwilę powody do winy.
Srebrzysty tuman nad ziemią się kładzie,
Zasypia rzeka i ptak na gałęzi.
W tej tajemniczej, wieczornej naradzie
Nic już wolności naszej nie uwięzi.
Odpływa statek w głąb ciemnego morza,
Zabiera ciężar, co gniótł nas za dnia.
Zanim zabłyśnie purpurą ta zorza,
Światło latarni samotnie w mroku drga.
Jak co dzień ranek wychodzi zza nocnej zasłony,
Świt budzi ziemię do nowego życia.
Promień poranka, w rosie zanurzony,
Odkrywa piękno, co było do ukrycia.
I nowa siła w naszych sercach bije,
Gdy blask rozprasza minione ciemności.
Każda nadzieja w nas na nowo żyje,
Gotowa przyjąć dar czystej radości.
Z uśmiechem witam ten dzień narodzony,
Zostawiam w tyle to, co noc zabrała.
Świat błękitami znów jest wypełniony,
A dusza lekka, jakby ptakiem się stała.

 Krzyczę tak głośno, by niebo słyszało,

Jak bardzo boli ta prawda i czas.
Ciało od uderzeń bólu stwardniało,
A świat się zatrzymał, jakby nagle zgasł.
Podnoszę twarz, by niebo widziało,
Jak bardzo płaczę, choć nie ma już łez.
Wszystko się we mnie na wskroś załamało,
Gdy w tej udręce cierpliwości nadszedł kres.
Zaciskam dłonie w dwie pięści do bólu,
Do czystej krwi, co zaraz wytryśnie.
Chcę stać się panem tego cierpienia,
Zanim ono mnie do końca... ściśnie.
Niech pękną tamy ukryte głęboko,
Gdy krew na palcach czerwienią zabłyśnie.
Niechaj ten ból wreszcie wyjdzie z serca,
Niechaj przez rany spłynie i wytryśnie.
Wyrzucam z siebie ten ciężar palący,
Przelewam na dłonie wnętrza pożogę.
Zamiast w milczeniu stać i wciąż broczyć,
Oczyszczam z bolesnych kamieni swą drogę.
Odrzucam plany i jutro, i strach,
Który paraliżuje każdy mój krok.
Gdy wszystko wokół obraca się w piach,
Wytężę swój dumny, zmęczony wzrok.
Spróbuj na chwilę zatrzymać ten bieg,
Zapomnieć o tym, co niesie przyszłość.
Zanim uderzy kolejny życia ściek,
Zanim stracę całą tę czystość.
W moich oczach nie ma już ani jednej łzy,
Moje spojrzenie jest suche jak głaz.
Choćby spłonęły we mnie wszystkie dni,
I życia ogień doszczętnie zgasł.
A w moim sercu może... tak, tam jest morze,
Wielka woda, potop, wezbrana fala.
Ten ocean bólu przyjmę w pokorze,
I ten ogień, co powoli od środka mnie wypala.

23 lipca 2026

 Cisza nie jest jedynie brakiem dźwięku. Jest głębokim, żywym stanem obecności, w którym świat przestaje stawiać nam wymagania, a serce w końcu może usłyszeć swój własny rytm. W świecie zdominowanym przez nieustanny szum, pośpiech i krzyk, miłość do ciszy staje się formą najpiękniejszej, wewnętrznej wolności.

Kochać ciszę to potrafić zatrzymać się w biegu i odnaleźć schronienie w przestrzeni, której nie trzeba niczym zapełniać. To zgoda na to, by po prostu być. Prawdziwa cisza nie izoluje nas od świata, lecz pozwala nam dotknąć jego esencji. Dopiero gdy milkną zewnętrzne głosy, zaczynamy dostrzegać subtelne piękno istnienia – niespieszny taniec kurzu w smugach porannego słońca, głęboki oddech lasu, miarowe bicie własnego serca czy spokojny rytm nocy. Cisza staje się wtedy przestrzenią, w której rodzą się najczystsze myśli, a niepokój ustępuje miejsca ukojeniu.

W miłości do ciszy kryje się także wielka odwaga. Nie każdy potrafi w niej wytrwać, ponieważ bywa ona lustrem, w którym odbija się nasza cała, nieupiększona prawda. Kto jednak pokocha ten stan, ten odnajdzie w nim najwierniejszego przyjaciela. Cisza nie ocenia, nie stawia warunków ani nie żąda wyjaśnień. Przyjmuje nas dokładnie takimi, jakimi jesteśmy – z naszymi tęsknotami, zmęczeniem i marzeniami. Jest jak miękki koc, który otula duszę po trudnym dniu, i jak czysta karta, na której możemy od nowa zapisać swoje wewnętrzne siły.

Najpiękniejsza odmiana ciszy rodzi się jednak między ludźmi. Istnieje bowiem rodzaj milczenia, który znaczy znacznie więcej niż tysiące najwspanialszych słów. To cisza pełna zrozumienia, bliskości i zaufania, kiedy obecność drugiej osoby staje się tak bezpieczna, że nie trzeba jej niczym zagłuszać. Wspólne milczenie bywa najgłębszym wyznaniem miłości i dowodem na to, że rozumiemy się bez zbędnych gestów.

Pielęgnowanie miłości do ciszy to codzienne powracanie do swojego wnętrza. To odnajdywanie małych świątyń spokoju w kubku porannej kawy wypitej w samotności, w spacerze pustą ścieżką czy w wieczornym spojrzeniu w niebo. W tej cichej, nienaruszonej przestrzeni człowiek odzyskuje samego siebie, uczy się pokory wobec życia i odnajduje prawdziwy, niczym niezmącony zachwyt nad światem.


 Mówi się, że czas leczy rany. To jedno z najczęstszych kłamstw, jakie powtarzamy sobie i innym, szukając jakiegokolwiek ratunku w obliczu straty, zawodu czy tęsknoty. Oczekujemy, że kolejne kartki zrywane z kalendarza zadziałają jak magiczny kompres, który wymaże ból i przywróci utracony porządek. Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Czas nie ma w sobie żadnej uzdrawiającej mocy. Jest tylko niemym świadkiem tego, jak uczymy się żyć wokół naszych pęknięć.

Z biegiem miesięcy i lat rany rzeczywiście przestają krwawić. Powierzchnia skóry się zabliźnia, a my wracamy do codziennych obowiązków. Zakładamy maski, rozmawiamy, śmiejemy się i bierzemy udział w spektaklu zwanym życiem. Z boku mogłoby się wydawać, że wszystko jest już w porządku, że najgorsze minęło. To jednak tylko iluzja. To, że z rany nie sączy się już świeża krew, nie oznacza, że ona zniknęła. Ona po prostu schowała się głębiej, pod warstwą czasu, wrastając w naszą tożsamość i stając się częścią tego, kim jesteśmy.

I chociaż usilnie byś chciał o nich zapomnieć, te rany wciąż bolą. Jest to ból specyficzny – tępy, ukryty, pulsujący gdzieś na dnie duszy. Możesz zapełniać każdą minutę dnia pracą, spotkaniami z ludźmi czy hałasem, próbując zagłuszyć tę cichą obecność. Możesz uciekać na krańce świata, zmieniać otoczenie i wmawiać sobie, że tamten rozdział jest już zamknięty. Ale pamięć serca bywa bezwzględna. Nie da się wymazać czegoś, co wyryło w nas tak głęboki ślad.

Najtrudniejsze są chwile, kiedy rany niespodziewanie dają o sobie znać. Nadchodzi taki moment – zupełnie nieproszony, w najmniej oczekiwanym wydaniu – gdy wszystko wraca z siłą wodospadu. Wystarczy jeden bodziec. Przypadkowo usłyszana w radiu piosenka, która kiedyś miała zupełnie inne znaczenie. Zapach perfum unoszący się w tłumie obcych ludzi. Podobny gest kogoś mijanego na ulicy, cień na ścianie, a nawet specyficzne, jesienne światło wpadające przez okno.

W jednej sekundzie cała ta misternie budowana twardość rozpada się jak domek z kart. Przeszłość uderza w nas na nowo, a ból, który uważałeś za uśpiony, budzi się z przerażającą intensywnością. Okazuje się wtedy, że blizna jest tylko cienką powłoką, pod którą wciąż kryje się żywa tkanka cierpienia. Te powroty bolą najbardziej, bo uświadamiają nam naszą własną bezbronność wobec tego, co minęło.

Czas nie leczy ran, on nas tylko z nimi oswaja. Uczy nas, jak z nimi chodzić, jak oddychać, gdy uciskają klatkę piersiową, i jak żyć dalej, niosąc ten niewidzialny ciężar. Nie jesteśmy w stanie zapomnieć o tym, co nas złamało, ale możemy nauczyć się akceptować, że te pęknięcia są częścią naszej osobistej historii. Choć nie krwawią, będą boleć i będą wracać – przypominając nam o tym, jak głęboko potrafimy czuć i jak wiele jesteśmy w stanie znieść.


27 czerwca 2026

 Wracam do miejsc, gdzie czas się zatrzymał,

Gdzie stary płot wciąż tuli się do drzew.
Już nie pytam, czyja to była wina,
I nie budzi we mnie żalu ptasi śpiew.
W moim kubku parzy się nowa chwila,
Ciepły napar z ciszy i przebytych dróg.
Przeszłość była głośna, lecz już odpływa,
Zostawiając czysty, nieznany mi próg.
Nie mam już w kieszeniach kamieni z porażek,
Rozsypałem lęki na znajomy wiatr.
Mniej mam dziś złudzeń, więcej czystych zdarzeń,
Choć tak bardzo zmienił się ten wokół świat.
Bo życie to płomień, co pali się cicho,
Nie potrzebuje krzyku, by rozjaśnić mrok.
I choćby jutro miało przyjść licho,
Ja dzisiaj robię ten spokojny krok.
Więc przytulę wieczór, co opada na dom,
Zgasiłem już radio, co grało mój ból.
Teraz wiem, ile waży ten ludzki ton,
Gdy zamiast korony wybierasz swój stół.
Spójrz w moje oczy, są trochę starsze,
Lecz nie ma w nich strachu przed nadejściem mgły.
To, co było trudne, minęło na zawsze,
Teraz piszę nowe, bezpieczniejsze sny.

26 maja 2026

 (niech ta noc będzie nasza)


Tylko ty i ja

i cisza między słowami

Palce splątane w dłoniach

Bo miłość jest między nami


Chodź, przytul mnie mocniej

niech świat odpłynie dziś

Masz w oczach taki spokój

że chcę w nim zostać i żyć


Twoje serce bije przy moim

tak równo i tak blisko

Jakby noc sama szeptała

że już mamy wszystko

(że już mamy wszystko)


 Na podwórku wciąż ten sam cień

Na furtce rdza i dom stary

Uśmiech miał prosty,  sens

A teraz cisza chodzi i brak wiary 


W kieszeni noszę garść dawnych dni

I żółty liść, co spadł za wcześnie

Pytam noc, gdy nie mogę spać

Czy tamten czas jest gdzieś jeszcze.  



Na stole stała herbata, za oknem mrok

Na krześle dzień, co dawno zgasł

Matka wołała: ("wróć synku wróć" )

A wiatr jej głos po łąkach niósł


I tylko zdjęcia, blady znak

Z twarzą, co znał każdy mój strach

Czy ktoś dziś umie znaleźć ślad żeby serce przestało  łkać



Zawsze gdy wracam w tamten czas 

Serce rozdziera, wspominając mile 

Z bagażem doświadczeń i podartych dni 

Czy znajdę tamte szczęśliwe chwilę



Czy jest gdzieś taki świat

Bez bólu i bez łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Że człowiek, (człowiekiem jest)


Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie pęka głos

Gdzie można wstać bez smutku

I znów uwierzyć w los



Czy jest gdzieś taki świat

Bez bólu i bez łez

Gdzie słońce zawsze grzeje

A serce nie zna burz

Gdzie każdy dzień to cud

A nocą gwiazdy lśnią

Gdzie miłość trwa wiecznie

I nikt nie wyprosi na stąd



Czy jest gdzieś takie miejsce

Że człowiek człowiekiem jest

Gdzie dobroć wciąż zwycięża

A zło odchodzi w cień

Gdzie uśmiech na twarzy

Nie jest tylko maską

Gdzie prawda ma siłę

A kłamstwo jest (porażką) 



Czy gdzieś jest takie miejsce 

Szczęśliwe i bez wad

Gdzie jest taka kraina

Na którą nas będzie stać


 Idę przez puste dni

Z garścią starych zdjęć

Na dłoniach mam kurz i czas

A w sercu cichy lęk


Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem jest

Poprowadź mnie tam

Choćby jeden krok

Bo sam już nie umiem

Udźwignąć tego rok

Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem jest


W kieszeni trzymam żal

Jak kamień pośród dni

A mimo tylu ran

Wciąż chcę do kogoś iść

Nie po cud, nie po znak


Jeśli tam istnieje brzeg

Gdzie milknie stary strach

Jeśli tam można wstać

I nie oglądać łez w ścianach

To weź mnie za ten cień

Co jeszcze wierzyć chce

Bo serce, choć tak zmęczone

Nadal szuka mnie



Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem jest

Poprowadź mnie tam

Choćby jeden krok

Bo sam już nie umiem

Udźwignąć tego rok

Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem jest



A jeśli nie ma drzwi

To pokaż mi choć próg

Gdzie można zrzucić wstyd

I oddać dawny chłód


 Czy jest gdzieś taka planeta

Gdzie słońce zawsze świeci jasno

Gdzie deszcz to tylko melodia lekka

Gdzie każda chwila to szczęście własne




Czy jest gdzieś taka dolina

Gdzie wiatr szepcze same dobre słowa

A każda myśl to perła jedyna

Każdy dzień to nadzieja nowa



Jeśli tam kiedyś dojdziesz,

zostaw dla mnie znak.

Może w progu, może w śnie,

może w gałęziach jabłek tak.

Niech mnie poprowadzi głos,

co nie boi się drżeć.

Bo jeśli istnieje taki brzeg,

to chcę tam z tobą przejść.



Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem, człowiekiem jest

Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie serce nie zna ran

Gdzie wracam bez strachu

I w nim nie jestem sam



Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem, człowiekiem jest

Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie serce nie zna już ran

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie wracam, i nie jestem sam



Ja niosę  stracone lata

Co pękły jak cienkie szkło

I imię, co siedzi w pamięci

Gdy wiatr przegania mrok


Imię było normalne 

Lecz miłości była wielka 

I gdzieś to wszystko uciekło 

Miłosna  poniewierka



Widziałem tyle dróg

I tyle pustych rąk

Że teraz chcę już tylko

Nasz osobisty krąg



Jeśli to tylko sen

Niech trwa, niech trzyma mnie

Bo na tej długiej ziemi

Za często gubię się

A kiedy świt się skrada

Przez szczelinę w drzwi

To chcę, byś była przy mnie

Jak dawniej, blisko, (jak dziś)



Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem, człowiekiem jest

Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie serce nie zna już ran

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie wracam, i nie jestem sam



Może to w twoich oczach

Może w zwykłym słowie

Może w tym jednym geście

(Ja już mam zamęt w głowie)



Jeśli gdzieś jest ten brzeg

To prowadź mnie bez dróg

Bo jestem już zmęczony

I tak mi ciężko dłużej tu



Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem, człowiekiem jest

Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie serce nie zna już ran

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie wracam, i nie jestem sam


 Czy jest gdzieś taka planeta

Gdzie słońce zawsze świeci jasno

Gdzie deszcz to tylko melodia lekka

Gdzie każda chwila to szczęście własne



Czy jest gdzieś taka dolina

Gdzie wiatr szepcze same dobre słowa

Gdzie każda myśl to perła jedyna

Gdzie serce zawsze ma dom od nowa



Czy jest gdzieś taki świat

Bez bólu i bez łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Że człowiekiem. człowiekiem jest




Na stole stygnie chleb,

a w oknie drży deszcz.

Twoja filiżanka stoi tu,

jakbyś miał wrócić jeszcze dziś.

W kieszeni trzymam dzień,

co pękł mi na pół.

I tylko dom pamięta,

jak cicho odszedł ból.



Na schodach skrzypi czas,

pod butem stary kurz.

Wieszakiem milczy płaszcz,

co czekał tyle już.

Na zdjęciu śmiejesz się,

jakby nic nie zgasło.

A ja wciąż pytam noc:

czy wszystko tak po prostu?


Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem, człowiekiem jest

Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie serce nie zna ran

Gdzie wracam bez strachu

I znów mam swój dom



Jeśli tam kiedyś dojdziesz,

zostaw dla mnie znak.

Może w progu, może w śnie,

może w gałęziach jabłek tak.

Niech mnie poprowadzi głos,

co nie boi się drżeć.

Bo jeśli istnieje taki brzeg,

to chcę tam z tobą przejść.



Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez

Czy jest gdzieś takie miejsce

Gdzie człowiekiem, człowiekiem jest

Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie serce nie zna ran

Gdzie wracam bez strachu

I znów mam swój dom




 Czy jest gdzieś taki świat

Gdzie nie mam bólu ani łez
Czy jest gdzieś takie miejsce
Gdzie człowiek dla człowieka jest
Ja niosę w sercu ślad
Po dniach, co wziął mi sen
I pytam cicho znów
Czy taki dom ma sens


Na starych progach dni
Został mi pył i kurz
I twarz, co patrzy w dal
Jakby szukała mórz
W kieszeni mam twój głos
Jak mały, ciepły znak
Że może jeszcze gdzieś
Nie wszystko boli tak


Czy jest gdzieś taki świat
Gdzie łzy nie znają mnie
Czy jest gdzieś takie miejsce
Gdzie dobro rodzi się
Czy jest gdzieś taki świat
Gdzie serce wraca wprost
Gdzie człowiek dla człowieka
To więcej niż tylko los


Czy jest gdzieś taki świat
Gdzie łzy nie znają mnie
Czy jest gdzieś takie miejsce
Gdzie dobro rodzi się
Czy jest gdzieś taki świat
Gdzie serce wraca wprost
Gdzie człowiek dla człowieka
To więcej niż tylko los

 Ludzie co się z wami stało 

Każdy sobie wszystkim mało 
W oczach żółć a na ustach piana 
I komuś bez potrzeby zadana rana 
Dlaczego tak wszystkim wam odjebało 
Śmiech jak gwóźdź wbity w czyjeś ciało 
Piana i jad potem wyrok za to 
Każdy chciałby rządzić 
Każdy chce być sarmatą 


Dlaczego ciągle warcicie na siebie 
Jakby tu chodziło o niebo i piekło 
Drobne słowo a krew wam się waży 
Jakby życie wam uciekło 
Do ciebie to mówię i do ciebie też 
Patrzysz w szybę i widzisz wroga 
A to tylko twoja twarz jest 
Zakochana w sobie pycha sroga 
Ludzie do cholery co się z wami stało 
Czy wasz serca nie bolą 
Wszystkiego wam mało 
Wolicie wszystkich gryźć niż podejść blisko 
I powiedzieć ja już nie chcę tej wojny pieprzyć to wszystko 

Dlaczego tak wszystkim wam odjebało 
Każdy krzyczy, nikt nie słucha wokoło 
A potem się stało 
Obudźcie się wreszcie 
Do ciebie to mówię i do ciebie też też 
Bo zło nigdy zła nie pokonało 
Zło rodzi zło i zabijanie 
Więc przemilszcie jeszcze 
Bo coś gorszego się stanie 
 

04 maja 2026

 Życia nie dostałeś na zawsze 

Jesteś tu tylko na chwilę 

Więc przeżyj je mądrze 

Niby nic, ale aż tyle


Nie masz wieczności na dłoni

Tylko oddech i kilka dróg

Każdy ślad na twojej drodze 

Szybko zmyje życia trud


Patrzysz w okno, jak dnia ubywa

Jak się kruszy słońca blask

Tam czeka dom bez powrotu

A czas nie poczeka-(nie wróci brzask)


Życia nie dostałeś na zawsze

To jest dar, nie studnia bez dna

Jesteś tu tylko na chwilę

Jak deszcz, co po szybie gna


Więc nie marnuj słów na pustkę

Nie odkładaj czułości na jutro

Bo gdy serce robi się ciężkie

Jutro już może być za późno



Życia nie dostałeś na zawsze

Jesteś tu tylko na chwilę

Więc przeżyj go mądrze

Bo nikt za ciebie go nie przeżyje


Życia nie dostałeś na zawsze

Nie oddawaj dni bez sensu

Jesteś tu tylko na chwilę

Więc zaufaj swojemu sercu



Niech zostanie po tobie ciepło

Niech zostanie czyjś spokojny sen

Jedno dobre, prawdziwe spojrzenie

Mówi więcej, niż tysiąc przekleństw i łez


Kiedy noc przygasi ci twarz

Kiedy zgaśnie kolejny dzień

Pomyśl tylko, czy żyłeś naprawdę

Czy tylko obok własnych miejsc



Masz tylko ten oddech

i każdy kruchy dzień

Nie trzymaj go w kieszeni

jak drobnych, ani zdjęć


Każdy krok jest liczony

każdy cień ma swój sens

A serce bije cicho

jakby znało swój kres


Patrz, jak w dłoni się rozsypało,

to co miało być wieczne

I nagle zwykły poranek

robi się ostateczny



Nie pytaj, kto ci odda to,

co minęło już

Nie ma drugiej próby

ani cofniętych słów


Kiedy cichnie śmiech 

a dom zostaje sam

Zostaje tylko prawda

Bo ciebie już nie ma tam 


Więc nie marnuj, czasu na ciszę

tych chwil, (co chcą być tłem)

Bo życie nie poczeka

nie wróci (żaden dzień)



Życia nie dostałeś na zawsze

Jesteś tu tylko na chwilę

Więc przeżyj go mądrze

Bo nikt za ciebie go nie przeżyje


Życia nie dostałeś na zawsze

Nie odda ci go czas

Więc kochaj dziś mocniej

I nie odkładaj na zaś 


Życia nie dostałeś na zawsze

To płomień, (nie skarb w szkle)

Więc przeżyj go mądrze

Bo kiedy zgaśnie, zostaje tylko sen


(Tylko sen)


19 kwietnia 2026

 Mam dosyć wszystkiego

Co miało być sensem

Tych mądrych cytatów 

Co stały się przekleństwem


Mam dosyć zachwytów 

I waszego pieprzenia

Cholernych hipokrytów

Grających na uczuciach, mojego istnienia 


Mam dosyć żalów 

Nie szczerych wypowiedzi 

Pieprzonych balów 

I tej licznej gawiedzi 


Mam dosyć piękna

Co gryzie mnie w oczy

I fałszywej prawdy

Która miała zaskoczyć



Mam dosyć podchodów

Rozmów naokoło

Tej sztucznej uprzejmości 

na każde moje słowo 


Mam dosyć litości

Co patrzy z wysoka

Nie chcę jałmużny jak rzuconych kości

A wasze pochwały to pustka głęboka 


Mam dosyć żywych

Co chodzą jak cienie

I martwych wspomnień

Co wracają w nocy


Życie na siłę też mam dosyć

I tego

Że ciągle mam wstawać 

I

Znów się podnieść



Mam dosyć wszystkiego

Aż boli mnie gardło

Krzyczę do ściany

Bo wszystko przepadło


Jeśli mam utonąć

To w swoim milczeniu

Nie w waszych planach albo sumieniu


Mam dosyć wszystkiego

Aż braknie mi tchu

Nie chcę pocieszeń, złotych myśli, mądrych słów


Zanim mnie zgasicie

Spalę ten most

Mam dosyć wszystkiego

Mam dosyć

Dość

 Gdzie dziewczęta z tamtych lat

Z warkoczami aż po pas

Z tamtych zdjęć

Co leżą w szufladzie

To nie my, tam nie ma nas


Gdzie te głosy z potańcówek

Ta muzyka w cichą noc

Gdzie są nasze piękne serca

Kto jeszcze pamięta.

Zapach chleba, "ukochanej babci spracowane ręce" 



Gdzie się podział mój ukochany

Stary świat,  tyle pięknych radosnych chwil.

Gdy dziadek budził nas o świcie.

A jakie pięknie mieliśmy sny


Gdzie te listy

Które sercem były pisane 

I te rumiane policzki 

Gdy pod pierzyną były czytane.

Teraz

Jakoś to wszystko jest nie tak

Wszystko inaczej 

"Miłości brak" 



Gdzie się podział mój ukochany stary świat

Z matczynych dłoni

Z ojca ust

Idzie siostra była siostrą, a bratem był brat.



Tyle dróg przeszliśmy przez ten czas

Dzisiaj tyle ludzi, a jesteśmy sami

Deszcz bardziej mokry 

Gdzieś zniknął nasz las



Gdzie się podział mój ukochany stary dom

Imię zapisane na szybie

W świetle z dwóch stron

Tak na chwilę jeszcze raz, zatrzymać tamten czas 




Zobaczyć

Stary dom.

Przyjaciół sprzed lat. 

Ocalmy chociaż trochę 

Tego co było kiedyś w nas

Radość 

Miłość 

Szacunek

 Śmiejesz się głośno

Gdy komuś jest źle

Taki masz dowcip

Taki masz gest

Kopiesz człowieka już leżącego 

"Zrobiłeś mu krzywdę"  

No i co z tego



Pod maską ukrywasz złe intencje

Udajesz twardziela

Chociaż nim nie jesteś

Bo gdy patrzę ci w oczy na wprost

Widzę w tobie "ucieczkę"  przez złość



Przy stole pierwszy rzucasz kamień

A za plecami kręcisz  tani dramat

Do słabych jesteś odważy dzielny

Dla silnych jesteś 

Mięczakiem bezczelnym


Gdy ktoś cię pyta: „czemu to robisz?”

Znów się wykręcasz

Zgrywasz cwaniaka

Ale ten jeden

Malutki tik

Zdradził cię

I pękł twój bohaterski mit



Jesteś małym podłym człowieczkiem

Co w innych wpycha swój lęk

Ty jesteś tchórzem

Zwykłym tchórzem

Za czyjąś krzywdą chowasz swój lęk


Gdy ujrzałeś w lustrze twarz

spadła ci maska dowcip i żart

Nie uchroni cię żaden szczęśliwy traw

Bo zdradził cię grymas na twarzy

Gdy zobaczyłeś  swój podły strach


 Jak dobrze mieć kogoś

Kto widzi więcej niż ja sam

Kiedy błądzę znów po domu

Po koszmarnych snach


Jak dobrze mieć czyjeś ręce

Które znają każde moje drżenie

Śmiech w kuchni, po kolacji

I spokój

Gdy przychodzi zmęczenie


[Verse 2]

Patrzysz na mnie tak zwyczajnie

Jakby to był najprostszy dzień

W twojej twarzy jest światło

Którego brakowało mnie


Jakby miłość nie znała granic

I nie trzeba było słów

Tylko kubek ciepłej kawy

Że z tobą mogę być znów


[Chorus]

Jak dobrze mieć kogoś

Kto kocha mnie za nic

Za te wszystkie moje cienie

I za kilka jasnych chwil

Kto zostaje

Gdy jest źle

Gdy milczę

A ty rozumiesz mnie


Gdy jest mi źle, podajesz kubek gorącej kawy 

Ty mnie nie pocieszasz, tylko tulisz moje obawy 

Nie mówisz "będzie lepiej" 

Siadasz obok, trzymając mnie za rękę


Jak dobrze mieć kogoś

Kto kocha mnie za nic

Patrzy na mnie tak spokojnie

Jakby świat był prosty, i poukładany


Jak dobrze 

Że jesteś 

I czekasz 

Patrzysz miłością

Nigdy nie narzekasz



Jak dobrze mieć kogoś

I tym kimś jesteś ty

Układając moje koszmary 

W piękne spokojne sny


 A kiedy przyjdzie na mnie już pora

I zgaśnie gwar w mojej głowie

Zostanie łóżko

Fotel i szafa

I kilka listów zostawię po sobie


Zegary staną w nieskończoności

Wskazówki drgną i zamarzną w pół

Jakby ktoś zdjął ze ściany kalendarz

I nagle skończył ten długi bieg prób



Na wszystko spojrzę wtedy dookoła

Na każdy drobiazg

Co milczał latami

Na kubek z kawą niedopitą rano

Na kurz

Co tańczy w świetle nad nami


Zobaczę twarze

Które dawno zbladły

Słowa

Których już zmienić się nie da

I tylko w sercu zrobi się ciszej

Jak w pustej sali po końcu wesela 


I jestem gotowy iść drogą wieczności

Choć trochę szkoda tych kilku historii

Tych śmiesznych poranków

Późnych powrotów

Listów spalonych

Zbędnych kłótni na życia przystanku


Jeśli tam dalej też ktoś na mnie czeka

Może się spotkam z tym

Kogo mi brak

Zamknę za sobą wszystkie rozdziały

I pójdę dalej

Bo wyznaczony jest dla mnie już trakt


Archiwum bloga