19 kwietnia 2026

 Mam dosyć wszystkiego

Co miało być sensem

Tych mądrych cytatów 

Co stały się przekleństwem


Mam dosyć zachwytów 

I waszego pieprzenia

Cholernych hipokrytów

Grających na uczuciach, mojego istnienia 


Mam dosyć żalów 

Nie szczerych wypowiedzi 

Pieprzonych balów 

I tej licznej gawiedzi 


Mam dosyć piękna

Co gryzie mnie w oczy

I fałszywej prawdy

Która miała zaskoczyć



Mam dosyć podchodów

Rozmów naokoło

Tej sztucznej uprzejmości 

na każde moje słowo 


Mam dosyć litości

Co patrzy z wysoka

Nie chcę jałmużny jak rzuconych kości

A wasze pochwały to pustka głęboka 


Mam dosyć żywych

Co chodzą jak cienie

I martwych wspomnień

Co wracają w nocy


Życie na siłę też mam dosyć

I tego

Że ciągle mam wstawać 

I

Znów się podnieść



Mam dosyć wszystkiego

Aż boli mnie gardło

Krzyczę do ściany

Bo wszystko przepadło


Jeśli mam utonąć

To w swoim milczeniu

Nie w waszych planach albo sumieniu


Mam dosyć wszystkiego

Aż braknie mi tchu

Nie chcę pocieszeń, złotych myśli, mądrych słów


Zanim mnie zgasicie

Spalę ten most

Mam dosyć wszystkiego

Mam dosyć

Dość

 Gdzie dziewczęta z tamtych lat

Z warkoczami aż po pas

Z tamtych zdjęć

Co leżą w szufladzie

To nie my, tam nie ma nas


Gdzie te głosy z potańcówek

Ta muzyka w cichą noc

Gdzie są nasze piękne serca

Kto jeszcze pamięta.

Zapach chleba, "ukochanej babci spracowane ręce" 



Gdzie się podział mój ukochany

Stary świat,  tyle pięknych radosnych chwil.

Gdy dziadek budził nas o świcie.

A jakie pięknie mieliśmy sny


Gdzie te listy

Które sercem były pisane 

I te rumiane policzki 

Gdy pod pierzyną były czytane.

Teraz

Jakoś to wszystko jest nie tak

Wszystko inaczej 

"Miłości brak" 



Gdzie się podział mój ukochany stary świat

Z matczynych dłoni

Z ojca ust

Idzie siostra była siostrą, a bratem był brat.



Tyle dróg przeszliśmy przez ten czas

Dzisiaj tyle ludzi, a jesteśmy sami

Deszcz bardziej mokry 

Gdzieś zniknął nasz las



Gdzie się podział mój ukochany stary dom

Imię zapisane na szybie

W świetle z dwóch stron

Tak na chwilę jeszcze raz, zatrzymać tamten czas 




Zobaczyć

Stary dom.

Przyjaciół sprzed lat. 

Ocalmy chociaż trochę 

Tego co było kiedyś w nas

Radość 

Miłość 

Szacunek

 Śmiejesz się głośno

Gdy komuś jest źle

Taki masz dowcip

Taki masz gest

Kopiesz człowieka już leżącego 

"Zrobiłeś mu krzywdę"  

No i co z tego



Pod maską ukrywasz złe intencje

Udajesz twardziela

Chociaż nim nie jesteś

Bo gdy patrzę ci w oczy na wprost

Widzę w tobie "ucieczkę"  przez złość



Przy stole pierwszy rzucasz kamień

A za plecami kręcisz  tani dramat

Do słabych jesteś odważy dzielny

Dla silnych jesteś 

Mięczakiem bezczelnym


Gdy ktoś cię pyta: „czemu to robisz?”

Znów się wykręcasz

Zgrywasz cwaniaka

Ale ten jeden

Malutki tik

Zdradził cię

I pękł twój bohaterski mit



Jesteś małym podłym człowieczkiem

Co w innych wpycha swój lęk

Ty jesteś tchórzem

Zwykłym tchórzem

Za czyjąś krzywdą chowasz swój lęk


Gdy ujrzałeś w lustrze twarz

spadła ci maska dowcip i żart

Nie uchroni cię żaden szczęśliwy traw

Bo zdradził cię grymas na twarzy

Gdy zobaczyłeś  swój podły strach


 Jak dobrze mieć kogoś

Kto widzi więcej niż ja sam

Kiedy błądzę znów po domu

Po koszmarnych snach


Jak dobrze mieć czyjeś ręce

Które znają każde moje drżenie

Śmiech w kuchni, po kolacji

I spokój

Gdy przychodzi zmęczenie


[Verse 2]

Patrzysz na mnie tak zwyczajnie

Jakby to był najprostszy dzień

W twojej twarzy jest światło

Którego brakowało mnie


Jakby miłość nie znała granic

I nie trzeba było słów

Tylko kubek ciepłej kawy

Że z tobą mogę być znów


[Chorus]

Jak dobrze mieć kogoś

Kto kocha mnie za nic

Za te wszystkie moje cienie

I za kilka jasnych chwil

Kto zostaje

Gdy jest źle

Gdy milczę

A ty rozumiesz mnie


Gdy jest mi źle, podajesz kubek gorącej kawy 

Ty mnie nie pocieszasz, tylko tulisz moje obawy 

Nie mówisz "będzie lepiej" 

Siadasz obok, trzymając mnie za rękę


Jak dobrze mieć kogoś

Kto kocha mnie za nic

Patrzy na mnie tak spokojnie

Jakby świat był prosty, i poukładany


Jak dobrze 

Że jesteś 

I czekasz 

Patrzysz miłością

Nigdy nie narzekasz



Jak dobrze mieć kogoś

I tym kimś jesteś ty

Układając moje koszmary 

W piękne spokojne sny


 A kiedy przyjdzie na mnie już pora

I zgaśnie gwar w mojej głowie

Zostanie łóżko

Fotel i szafa

I kilka listów zostawię po sobie


Zegary staną w nieskończoności

Wskazówki drgną i zamarzną w pół

Jakby ktoś zdjął ze ściany kalendarz

I nagle skończył ten długi bieg prób



Na wszystko spojrzę wtedy dookoła

Na każdy drobiazg

Co milczał latami

Na kubek z kawą niedopitą rano

Na kurz

Co tańczy w świetle nad nami


Zobaczę twarze

Które dawno zbladły

Słowa

Których już zmienić się nie da

I tylko w sercu zrobi się ciszej

Jak w pustej sali po końcu wesela 


I jestem gotowy iść drogą wieczności

Choć trochę szkoda tych kilku historii

Tych śmiesznych poranków

Późnych powrotów

Listów spalonych

Zbędnych kłótni na życia przystanku


Jeśli tam dalej też ktoś na mnie czeka

Może się spotkam z tym

Kogo mi brak

Zamknę za sobą wszystkie rozdziały

I pójdę dalej

Bo wyznaczony jest dla mnie już trakt


 Kto wam króluje w popiołach i snach

Bóg czy diabeł, na wieki wieków amen.


 Byłeś mi światem i pierwszym oddechem 

po burzy czerwiec pachniał jak wiosna

Bo gdy trzymałeś mnie za rękę

Byłam szczęśliwa i radosna



Patrzyłam jak zasypiasz

licząc, twoje oddechy jak śpisz

Myślałam, że więcej nie trzeba

że mamy już wszystko, (że tylko my)



Układałam plany wakacje, mieszkanie, zwykły dom

Ty w tym samym czasie planowałeś już życie 

Ale one już nie było ze mną



Najpierw rozmowy szeptem przez telefon

dziwne wymówki, że nie masz sił

Głowa spuszczona, oczy rozbiegane

I dziwnie opowiadasz, gdy się pytam gdzieś był



Mówiłeś, że jestem, jedyną od lat

Że na pewno innej nie będzie

A potem chowasz telefon przede mną

Gdy się pytam dlaczego, mówisz jesteś w błędzie



To dlaczego widziałam cię w kawiarni przy oknie

Siedziałeś z inną kobietą na naszym miejscu.

Twoje dłonie były na jej dłoniach.

Nawet nie zauważyłeś jak stałam w przejściu.



Byłeś moim światem największą miłością

A ty mnie zdradziłeś z wielką podłością

W naszej kawiarni, przy tym samym oknie

Patrząc jej w oczy z wielką czułością



Wróciłeś pachnąc perfumą której nigdy nie miałam

Mówiłeś "(to nic takiego)" jakby się nic nie stało

Potem szminka na szyi

jak podpis pod (wyrokiem)

twoje oczy uciekające

(Dla mnie to wszystko było szokiem)



Jej perfumy na twojej kurtce, gdy przechodzę obok ciebie 

Dlaczego to zrobiłeś, (zepsułeś wszystko)

Mówiłeś że będziesz kochał, nawet o suchym chlebie 

Okazałeś się draniem, zrobiłeś że mnie (pośmiewisko) 



Byłeś moim światem

I największą miłością 

A ty mnie zdradziłeś 

Z  tak wielką podłością



Byłeś mi oddechem

każdym planem na mój dzień

Układałam twoje imię

Tam gdzie rodził się sen



W twojej bluzie spałam, gdy brakowało mi sił

W twoich żartach tonęłam myśląc, (dobrze że to ty)



Mówiłeś, że jestem twoją jedyną od lat

A potem, (te zdjęcia) (wiadomości), i zawalił mi się świat


Byłeś moim światem

i największą miłością

A ty mnie zdradziłeś

z tak wielką podłością

Rozdarłeś moje niebo

zamieniłeś je w (popiół i żal)

Byłeś moim światem, (a gdzie byłam ja ?)



Teraz patrzę w okno

w którym widziałam nas dwoje

Pierwszy raz rozumiałam,

że bardzo zawiodłam się  na tobie 



Byłeś moim światem

największą miłością, jaką w sobie miałam

a ty mnie zdradziłeś tak zwyczajnie, a ja tak ciebie kochałam



Byłeś mi domem i całym światem

w twoich ramionach spał mój strach

Teraz my tylko pozostało, 

(Ogromny smutek, wielka złość, i żal)



Mój świat był tobą

Jasny i cały

A ty go zburzyłeś

W kawałki małe



Moja miłość płonęła

Jak ogień w nocy

A ty ją zgasiłeś

Bez żadnej pomocy



Szeptałeś mi czułe słowa

Kłamstwa słodkie dziwne

Moje serce wierzyło

Jak dziecko naiwne



Teraz pustka została

I ból głęboki

Jak mogłeś to zrobić

Zabierając radość i uśmiech szeroki



Byłeś moim światem

i największą miłością

a ty mnie zdradziłeś

z jeszcze większą podłością



Oddałam ci serce

w zamian dostałam noc bez snu

nie umiem ci wybaczyć

To już koniec, nie wracaj tu




Oddałam ci serce, ty zrobiłeś ze mnie wroga

Już nic od ciebie nie chcę

Więc żegnaj, to już nie moja droga 


Byłeś moim światem

I największą miłością

A ty mnie zdradziłeś

Z  wielką podłością



(Byłeś moim światem

I największą miłością)

Okazałeś się zdrajcą

 I miłości ciemnością.

 


12 kwietnia 2026

 Wielkie pragnienie rozpycha mi serce

Budzi te nerwy

Których już nie chcę znać

Żeby w końcu przytulić samego siebie

A nie twój cień za każdym razem brać


Chcę w lustro spojrzeć jak w nowe okno

Widzieć tam człowieka

A nie twoją twarz

Żeby złe myśli wynieść jak śmieci

Zostawić je pod drzwiami tamtych lat



Znów twoje imię podchodzi mi w gardło

Jak łyżka soli wsypana w mój ból

Ja chcę zapomnieć smak twoich obietnic

Oddać ci wszystko i zamknąć ten dług


Niech moje dłonie uczą się czułości

Która nie krwawi

Gdy przychodzi świt

Nie chcę już więcej pamiętać o tobie

Chcę pierwszy raz dla siebie zacząć żyć



Wielkie pragnienie pobudza moje zmysły

Żebym oddał wreszcie szacunek samemu sobie

Żeby złe myśli z mojej głowy wyszły

Jak ptaki w popłochu nad cichym morzem


Nie chcę już więcej pamiętać o tobie

Niech twoje oczy odpłyną w daleki sen

Ja wybieram dzisiaj spokojne powietrze

I cichy szept: "już nie wracam tam

Gdzie ból i lęk"



Wielkie pragnienie pobudza moje zmysły,

Żebym oddał szacunek samemu sobie 

Żeby złe myśli z mojej głowy wyszły

Nie chcę już więcej pamiętać o tobie


 Wielkie pragnienie tli się jak żar

Żeby wreszcie spojrzeć w lustro bez wstydu

Dać sobie znak

Że jestem wart

Czulej niż kiedyś w twoim odbiciu


Chcę dotknąć ran

Nie bać się blizn

Nie biec już ciągle za twoim cieniem

Każdy mój krok

Każdy mój krzyk

Ma wrócić do mnie

Nie w twoje wspomnienie



Złe myśli krążą jak ptaki nad dnem

W głowie od lat ten sam krótki film

Przewijam sceny

Gdzie gubię się

Gdzie twoje słowa tną wnętrze żył


Nie chcę już więcej pamiętać cię

Imię mi blednie na brzegach ust

Chcę wreszcie szeptać coś dobrego o mnie

Nie modlić się więcej używać pustych snów



Wielkie pragnienie pobudza moje zmysły

Żebym oddał szacunek samemu sobie

Żeby złe myśli z mojej głowy wyszły

Nie chcę już więcej pamiętać o tobie


Niech nowy oddech oczyści każdy dzień

Niech moje serce wreszcie stanie po mej stronie

Zabieram siebie z twoich dawnych rąk

I krok po kroku uczę się żyć po swojemu

Nie przy tobie


 Pusta kuchnia

Zimna herbata

Twoja bluza spada z krzesła w dół

Patrzę w okno

W szybie dwie twarze

Ja sprzed lat i ja

Co stoi tu


Gdy masz dziecko

Świat się zawęża

Do małych rąk

Co chwytają czas

Mówisz szeptem: „Już się nie zmieniam”

A w środku boisz się kolejnych lat



Gdy będziesz wołać w środku nocy

Ja pobiegnę

Chociaż brak mi tchu

Choć tak często czuję się słaby

Dla ciebie wstanę z każdego snu


Oddam za ciebie wszystko

Co we mnie

Życie

Dumę

Każdy stary strach

Tylko daj słowo

Jedno

Jedyne

Że nie zgubimy siebie w tych dniach



Kochaj bezwarunkowo

Nawet gdy boli

Nawet gdy cisza dudni jak gniew

Kiedy cię potrzebuje

Bądź przy tej drodze

Choćbyś miał przejść przez ogień i śnieg


Oddasz za nie życie

Serce na dłoni

Z każdą raną pokochasz je znów

Musi dać słowo

Że w środku tej burzy

Zawsze odnajdzie twój dom

Twój próg


 bezwarunkowo

Choćbym sam upadł na samo dno

Oddałbym  za was życie

Bo jesteście wszystkim

Co mam


 Pokonałem wieczność 

Chociaż jestem tylko chwilą

Krótki błysk na czyjejś dłoni

Stary ślad pod świeżą blizną


Kiedyś to nastąpić musi

Że odejdę jak ten dym

A zostaną w waszej szafie

Moje słowa, jakiś rym



Gdy mnie już nie będzie

Ktoś przeczyta jakiś wers

Może wnuk a może obcy

Co zabłądzi tu przez deszcz


Moja twórczość tu zostanie

Jak list wciśnięty w drzwi

Ktoś go znajdzie przez przypadek

I pomyśli: "on to pisał on tu żył”



Pokonały wieczność

Moje wiersze i utwory

Jeśli w tobie coś poruszą

To ja żyję dla przekory


Kiedy zgaśnie moje imię

A wspomnienia zmyje deszcz

Pozostaną po mnie Akartki

Które  pokonały śmierć


" Pokonałem wieczność"


Bo gdy czytasz moje słowa

W każdym wersie, w każdym błędzie

Słychać dźwięki moich myśli 

Będziesz czytać, będą wszędzie 

 Rośnie w lesie stare drzewo,  

szumem liści wszystkich woła.  

Miękka trawa, mchy, paprocie,  

w jego cieniu dookoła.



Skrzypią jego wiotkie gałęzie,  

kiedy wiatr je delikatnie pieści.  

W jego pniu zapisane są dzieje,  

wśród jego liści kryją się opowieści.



Przy jego korzeniach ścieżki giną,  

w promieniach słońca seplenią krople rosy.  

Na świecie stał przez wieki,  

jak mędrzec, który czasu nie znosi.



Skrzypią jego wiotkie gałęzie,  

kiedy wiatr je delikatnie pieści.  

W jego pniu zapisane są dzieje,  

wśród jego liści kryją się opowieści.



Przychodzą tu ludzie, by znaleźć spokój,  

w jego cieniu czas wolniej płynie.  

Stare drzewo, opiekun tajemnic,  

strażnik przeszłości, wciąż w nim trwa i nie ginie.



Rośnie w lesie stare drzewo,  

szumem liści wszystkich woła.  

Niech trwa tak przez kolejne stuleci kolejne stulecie,  

A w cieniu jego opowieść przez wieki niech się plecie.



  

Stoi dumnie, wiatrem szarpany,  

w swoich gałęziach niesie pieśni.  

Dzieci biegają między konarami,  

ich śmiech z echem w liści szeleści.


 

Skrzypią jego wiotkie gałęzie,  

kiedy wiatr je delikatnie pieści.  

W jego pniu zapisane są dzieje,  

wśród jego liści kryją się opowieści.


 

Pod koroną, gdzie rozłożył się wielki cień,  

Ludzie jadają pikniki w letni dzień.  

Jego korzenie ziemię objęły,  

czas stoi w miejscu, jakby to był sen.


 

Skrzypią jego wiotkie gałęzie,  

kiedy wiatr je delikatnie pieści.  

W jego pniu zapisane są dzieje,  

wśród jego liści kryją się opowieści.


  

Przychodzą tu ludzie, by znaleźć spokój,  

w jego cieniu czas wolniej płynie.  

Stare drzewo, opiekun tajemnic,  

strażnik przeszłości, wciąż w nim trwa i nie zginie.



Rośnie w lesie stare drzewo,  

szumem liści wszystkich woła.  

Niech trwa tak przez kolejne stulecia,  

w jego cieniu i dookoła.


 Czas zostawił na mojej twarzy trochę ran i trochę blizn

W lustrze widzę obcą prawdę

Która przyszła z tamtych dni


Cóż się jeszcze może zdarzyć

Kiedy znam już każdy cios

Każdą noc bez czyjejś dłoni

Każdy świt

Co boli wprost



Ile jeszcze straconych dni

Ile myśli pustych spraw

Czy zdążymy się odnaleźć

Kiedy radość wróci w nas



Twoje słowa w starych listach

Żółte kartki

Krzywy druk

Pamiętasz

Jak kiedyś mówiłaś

„Mamy jeszcze tyle dróg"


Dziś już wiem

Że każda obietnica

Ma swój cichy

Gorzki kres

Ty już nie będziesz młoda

I ja też?



Ile jeszcze straconych dni

Ile planów w pustych snach

Czy zdążymy sobie wybaczyć

Zanim światło zgaśnie w nas


Wracam drogą dawnych spacerów

Ten sam mur i ten sam dom

Tylko krok mam jakiś cięższy

A życie jakby ważyło kilka ton


Czy potrafię jeszcze wierzyć

Że przed nami inny brzeg

Że nie wszystko jest przeszłością

Że to nie ostatni bieg



Czas zostawił na mojej twarzy

Trochę ran i trochę blizn

Ale serce wciąż się jarzy

Gdzieś pod warstwą dawnych win


Ile jeszcze straconych dni

Ile dróg wśród obcych miast

Może jedna z nich cię przyśle

Może jedna odda nas



Czas zostawił na mojej twarzy

Trochę ran i trochę blizn

Ale jeśli chcesz

Spróbuję

Może być od dziś



Może kiedyś staniesz u moich drzwiach 

I powiesz, " nie marnujmy więcej lat"

Ja ci powiem" wchodź do domu bo zimno na dworze"

I wreszcie do pełni się nasz świat. 


 Gdy kalendarz milczy jak głaz

Ślady w śniegu nagle znikną

Zanim zdążysz spojrzeć tam


Światło w tunelu czy ciemny las

Którą drogę wskaże ci czas

Czyjś szept na klatce schodowej

Czy tylko wiatr woła nas



Może miłość znów zaskoczy

Może jeszcze raz

Wpadnie w drzwi jak spóźniony pociąg

W ciszy przerwie trans


Może miłość w progu stanie

Bez walizek

Bez słów

I w tym jednym

Krótkim spojrzeniu

Zmieni sto zamkniętych dróg



Cóż się jeszcze może zdarzyć

Gdy przy oknie gasisz blask

W kubku zimna herbata

W głowie tysiąc dawnych tras


Czy to znak

Czy tylko przypadek

Że znów słyszysz czyjś znany śmiech

Telefon drży gdzieś na dnie kieszeni

Jakby znał twój każdy lęk



Może miłość znów zaskoczy

Może jeszcze raz

Przejdzie w deszczu przez skrzyżowanie

Chociaż miała iść gdzieś tam



Może znów pomyli adres

Zapuka w twój czas

I przewróci starą mapę

Którą  skrywasz lat

 Zimna herbata, znów stygnie na stole

w telefonie tysiąc słów, których nikt nie czyta

Patrzysz w okno jakby tam miał być ratunek

a ja tu siedzę, blisko, i mnie się nie zapytasz


Mówisz: "co będzie, 

gdy wszystko się posypie?"

A ja się boję mniej świata, bardziej twoich łez

Tyle planów mamy tylko w opowieściach

a serce bije dziś, (jeszcze), chyba o tym wiesz



Wyłączmy filmy, co straszą nas przyszłością

Zgaśmy te lampy, tylko ja i ty

nie chcę już słuchać, każde twoje"(może)"

chcę słyszeć, jak oddychasz, kiedy przy mnie śpisz


Zróbmy głupie zdjęcia, co jutro nas rozśmieszą

Narysuj serce na mojej lewej dłoni

Niech cała reszta na chwilę się rozmyje

Proszę usiądź przy mnie, a miłość się obroni



Przestańmy płakać, zacznijmy się bawić 

bo kiedyś musimy to wszystko zostawić

niech dzisiaj płonie, chwila, mała, wielka

zanim nam czas, kartki powycina

Bawmy się, żeby nam nie uciekła


Przestańmy płakać, przytul mnie mocno

niech w nas się zatrzyma ta miłość gorąca

bo kiedyś musimy, kochanie, to wiemy

dlatego teraz tak bardzo żyjemy



Może dziś może jutro 

Pokorę w sobie trzeba mieć

Miłość jest zawsze 

Tylko trzeba chcieć


11 kwietnia 2026

 Dziś będę bujać w obłokach

Nie będę kreślił złych znaków

W głowie mi krążą wspomnienia

Jak stado spóźnionych ptaków


Dziś będę szczęście malować

Na twojej zmęczonej twarzy

Choć trochę drży mi  ręka

Co namaluję  nie rozmażę 



Dziś będę radość rozdawał

Jak ciepły chleb przed burzą

W kieszeni tylko rachunki

Lecz serca mi nie zadłużą


Dziś będę ciszę oswajać

Głaskać jej szorstkie krawędzie

Niech każdy ma o czym marzy

I smutku już w was nie będzie


Dziś będę bujać w obłokach

Mimo że pada deszcz

Będę ci słońce rysować

Gdy w środku czujesz się źle

Dziś będę radość rozdawać

Choć sam się składam ze skaz

Niech każdy ma o czym marzy

Choćby przez chwilę dosięgnął gwiazd


Dziś będę bujać w obłokach

Aż zniknie ciężki cień

Jeśli zabraknie mi farby

Pożyczę trochę z twoich łez

Dziś będę radość rozdawał

Aż zabraknie mi sił

Niech każdy ma o czym marzył

Choć raz na pełnej petardzie żył


10 kwietnia 2026

Ludzie kochani, co się z wami stało

Dlaczego z życia robicie piekło

Dlaczego wszystko wam się pojebało

Dlaczego rozumu połowę wam wyciekło


Drobne słowo, niewielki gest

A krew wam się waży 

Patrzę jak płonie ten stół w salonie

Od spojrzeń,  piekielnych witraży


Dlaczego znowu rozdajecie wyroki

Jakbyście trzymali w rękach wyrok świata

Kto dziś wygra

A kto będzie trupem

Gdy jutro obudzi was ta sama chata


Drobne słowo, krzywo rzucone

Jak kamień co rozbija szybę w oknie

Krew jak życie cieknie powoli

A podłoga od krwi powoli moknie



Dlaczego ciągle warczycie na siebie

Jakby  chodziło o niebo i piekło

Przecież to tylko jedno drobne słowo

Które przypadkiem, wyciekło


Do ciebie to mówię, i do ciebie też.

Patrzysz w szybę i widzisz wroga.

A to tylko twoja twarz jest

Która kocha siebie a nie kocha Boga.


Ludzie do cholery

Co się z wami stało

Czy serca was nie bolą ?, 

wszystkiego wam mało

Wolicie wszystkich gryźć 

niż podejść blisko

I powiedzieć: 

„ja już nie chcę tej wojny”

Pieprzyć to wszystko



Dlaczego wszystkim tak odjebało 

Każdy krzyczy nikt nie słucha 

A potem się (stało) 

Obudźcie się wreszcie 

Bo zło nigdy zła nie pokonało



Dlaczego ciągle warczycie na siebie

Jakby tu chodziło o niebo i piekło

Przecież to tylko jedno drobne słowo

Które przypadkiem, wyciekło

Zło rodzi zło i zabijanie

Więc przemyślcie jeszcze

Bo coś gorszego się stanie.


Dlaczego ciągle warczycie na siebie

Jakby tu chodziło o niebo i piekło

Drobne słowo

A krew wam się waży

Jakby wam życie przez to uciekło



A to nie było jedno słowo 

To były słowa dwa 

Bo zawsze możesz żyć na nowo 

Ze słowem, my, a nie słowem, ja


 Popieprzone życie

Popieprzony świat

Ale wszyscy mówią 

To  chyba nie  (ja)

Bo jak inaczej nazwać 

Tą  znieczulicę 

Zarozumiali i butni z pogardą na ulicy.

Minąłeś ojca i matkę, siostrę i brata 

Lecz ich nie widziałeś

Bo ty jesteś panem świata


Forsa

Forsa

Forsa

W oczach każdego

Wszyscy chcą więcej

Nikt nie widzi człowieka

Uśmiechu nie ma, (brzydko mówiąc) na pysku

Nikt na nikogo nie czeka

Każdy się kłania

Myśląc tylko o zysku


Obłuda

Nic więcej

Taka tu scena

Nawet ci

Co do Boga klękając składają ręce

Czy wiedzą

Do kogo tam szepczą w ciszy?

Czy to modlitwa

Czy handel w ich myśli?


Komu

Powiedzcie

Komu można jeszcze zaufać?

Kto mnie nauczy

Jak serca nie sprzedawać?

Gdzie taką lekcję dziś w ogóle jeszcze dają?

Gdzie mędrca takiego szukać

Gdy wszyscy udają?


Komu

Powiedzcie

Komu w oczy spojrzeć prosto?

Żeby nie musieć liczyć

Ile z tego będzie mostów

Gdzie taką lekcję udzielą 

Że człowiek to więcej niż kasa?


I powiem wreszcie, że to nie jest życie, tylko ślepa odnoga.

Może nas doprowadzi, do rozsądku, zanim życie zgaśnie 

I nas uświadomi, że to była zła droga


 Nie będę już płakać

Wyschły we mnie łzy

W oknie ciągle ten sam obraz

A ja chcę wyjść z mgły


Pod wiatr chcę iść

Choć drży mi jeszcze głos

Na klatce schodowej cisza

W kieszeni stary los



Stoję w miejscu

Wiem

Dni się lepią w szary klej

W kalendarzu puste kartki

Tylko cięższy staje się lęk


Patrzę w lustro

Ktoś

Kogo ledwie znam

Czy to ja

Czy tylko cień mój

Który zgubił dawno twarz



Pod wiatr chcę iść

Aż zabraknie tchu

Byle dalej stąd

Byle w swoją brew i w swój ruch

Nie będę już płakać

Chcę uwierzyć dziś

Że jeszcze mogę

Szczęśliwym chcę być


Pod wiatr chcę iść

Choć się boję dróg

Każdy mały krok jakby pękał dawny mur

Nie będę już płakać

Nie chcę wracać w nic

Z nowych poranków

Szczęśliwym chcę być

Archiwum bloga